Czerwone komety
Tarnowski Teatr im L. Solskiego, reż. J. Tumidajski, rola: Lili


Kultura, Dodatek Dziennika Polska Europa Świat,
Łukasz Maciejewski, Ala nie ma kota


"Czerwone komety", sztuka Andreasa Sautera i Bernharda Staudlera, z kiczowatej świątecznej atmosfery ocala tylko ślicznego, puszystego kociaczka. W spektaklu Jarosława Tumidajskiego w Teatrze im. Solskiego w Tarnowie, nawet on jest podróbką: maskotką kupioną w supermarkecie. Ładną, ale tandetną. Jak życie.

Na scenie łóżko z Ikei, na łóżku bety, w betach on i ona. Oboje śliczni i wysportowani. Lili (Sylwia Gliwa) ma wzruszającą koszulkę i chciałaby na Święta dostać prawdziwego dzidzia, Leopold (Michał Czernecki) ma seksowne gacie i sam jeszcze czuje się dzidzią. Nie wyrósł z sexy slipów, nie dorósł do ojcostwa. Teatralny nieboskłon upstrzony jest świętymi Mikołajami. Chyba śniętymi? Wiszą głową do dołu. Zdaje się, że wszyscy nie czują się najlepiej.

Sztuka kolejnego już pokolenia niemieckich quasi-radykalistów, Sautera i Studlera, nie zawiera ani jednej odkrywczej myśli, nie ma w niej ani jednego oryginalnego konceptu. Jest za to mnogość pomysłów od dawna sprawdzonych, przetrawionych, przećwiczonych i przespanych. Wszystko już było. Członkowie organizacji "Czerwone komety" przypominają jako żywo ferajnę z "Edukatorów" Weingartnera, są współczesnymi Robin Hoodami. Zabierają bogatym, żeby dać biednym. A w tym konkretnym przypadku: zabierają tacie żeby dać np. kotu. Mniejsza zresztą o łowienie sensów i subtelności. Liczy się show. Ma być ostro, seksualnie, z przytupem i z logo "Che" na plakacie.

W tarnowskim spektaklu, który Teatr Solskiego odświeża swe oblicze, niby to wszystko jest. Bzdurne show, Che Guevera i kot Gustaw. Ale Tumidajski tak rozkłada akcenty, żeby widz nie poczuł się komfortowo. W "Czerwonych kometach" postaci są przerysowane - nie można potraktować ich wprost, jeden do jednego. To co śmieszne, staje się najpierw żałosne, potem straszne. Ciekawie zapowiadający się bardzo młody Tumidajski, w kiepskim tekście Sautera i Studlara, odnalazł rodzinne panoptikum wyjęte ze starych dramatów Różewicza. Mama (Aldona Grochal) marszczy czoło i wydaje rozkazy; jej mąż (Mariusz Pilawski) jest dentystą, ale z jego psychologiczną jamą, nie tylko ustną, nie jest najlepiej. W cieniu mamy i taty krążą zaś cwane córki, przyszły zięć, aktualny znajomy oraz przeszła przyjaciółka (świetna Marta Marianna Gortych), która - jak bohaterka "Życia jest gdzie indziej" Kundery - "oddałaby wszystkie swoje wiersze za jedno spółkowanie". Tak wygląda "nasza mała stabilizacja". Tyle, że w spektaklu Tumidajskiego stabilizacja się destabilizuje. Żadnych pewników. Choinka stoi krzywo, George Michael zaczyna fałszować "Last Christmas", a rebelia "Czerwonych komet" okazuje się tylko lichą podróbką . To szczeniacka zabawa infantylnych panienek w dorosłość - gra pozorów przed dziecinnymi dorosłymi. A przecież i tak wiadomo, że na kolejne Święta znowu George zaśpiewa "Last Christmas", Leopold dostanie w prezencie majtki z Myszką Miki, Lili poprosi o dzidziusia, Antonina o seks - i nikt, na nikogo, nie będzie zwracał najmniejszej uwagi. Wesołych Świąt.

< powrót




© 2008 Sylwia Gliwa | zastrzeżenie prawne